Jak prowadzić firmę, by przynosiła pieniądze i dawała wartość?

Od czego zależy sukces lub porażka każdego przedsiębiorstwa i zespołu? I wreszcie, czy to w ogóle możliwe, byśmy w pracy się nie gryźli i nie narzekali? Oto tekst, który choć nie zmieścił się w mojej nowej książce Siła różnic w zespole”, to jest tak ważny, że odkopałam go i daję Tobie, zupełnie za darmo…

W Stanach Zjednoczonych mieszkam w stanie Ohio, na granicy z Pensylwanią, czyli miejscem, gdzie liczebnie jest największa wspólnota Amiszów. Może słyszałeś o tej chrześcijańskiej wspólnocie protestanckiej, która żyje daleko od cywilizacji. Opowiem Ci trochę o nich, bo uwielbiam poznawać nowe kultury, a ich jest na pewno różna od naszej. Życie Amiszów jest zorganizowane według niepisanego zbioru zasad, zwanego Ordnung, a styl życia niczym nie przypomina naszego XXI-wiecznego „burżujstwa”. Nie akceptują choćby nowoczesnej techniki. Nie korzystają z elektryczności, samochodów, telewizji. Zajmują się głównie rolnictwem i rzemiosłem. I chociaż ich edukacja jest bardzo podstawowa, bo szkołę kończą w 14. roku życia, to ciekawe jest to, że podobno mają najniższy odsetek niepowodzeń biznesowych spośród amerykańskich firm. Nie korzystają z żadnego wsparcia ze strony rządu, stąd też naturalnie nie płacą podatków.

Od czasu do czasu, jadąc trasą szybkiego ruchu, zauważysz tu znak drogowy z dorożką. To sygnał, że możesz spodziewać się czarnego powozu, a w nim zwykle cała rodzina. Już z daleka widać te chłopięce i męskie kapelusze, poddające się podmuchowi wiatru dziewczęce i kobiece sukienki oraz fikuśne czepki. Wiem, że to nieładnie, ale zawsze zatrzymuję na nich wzrok. Ciekawi mnie, co w danym momencie sobie myślą, w tym o nas „nie – Amiszach”, gdzie tak pędzą, z kim się spotykają etc.

I co się okazało, nie tak daleko naszego domu otwarto Amish Fresh Market Valley, czyli taki supermarket. Brad usłyszał o tym miejscu od kogoś w pracy, zadzwonił do mnie, mówiąc: „Twoi ulubieńcy niedaleko nas mają swoją bazę. Jedzenie podobno jest całkiem dobre, spotkajmy się tam po pracy”. Wspólnota Amiszów nie uznaje robienia zdjęć (bo podobno to kradnie duszę, a inni mówią, że to zwyczajnie próżne takie patrzenie na siebie), stąd nie pokażę Ci obrazem, ale postaram się słowami odtworzyć to, czego tam doświadczam. Miejsce to jest otwarte w czwartek, piątek i sobotę. Pracują tam całe rodziny. Już nastolatkowie dzielnie obsługują kasy, a maluchy asystują lub radośnie się bawią. I uwaga, nie potrzebują do tego żadnych zabawek. Czatują na kolejny karton po warzywach, aby dać popis swojej wyobraźni. Wiele tam znajdziesz dobroci: wypieki „Ciotki Marty”, wędliny i nabiał u Sama czy rodzinny biznes meblarski. Łóżka, stoły, lśniące szafy  – dzieła ludzkich rąk, pięknie dopracowany każdy szczegół. Sprzedaż przypomina zwyczaje, jakie panują na naszych ryneczkach. „Chyba jesteś tu pierwszy raz, prawda? Za poszczególne produkty płacisz na stoiskach, z których pochodzą. Nie mamy tu wspólnej kasy” – uświadomiła mnie z ogromną życzliwością w głosie i uśmiechem ciotka Marta, widząc mój koszyk, a w nim pozbierane dobroci z różnych miejsc. Ciekawe, że kiedy przechwytywałam z półek różne produkty, to nikt mi nie zwrócił uwagi, że zanim odejdę, powinnam za nie zapłacić. Tak bardzo mi ufali?

Właścicielem całego przedsięwzięcia jest osoba spoza ich wspólnoty, która znając najwyższą jakość tego, co wytwarzają, zaproponowała im wspólny biznes. Podobno wspólnota Amiszów z przyjemnością przyjęła propozycję, bo jak mówią, dla nich jest to okazja, by dzielić się z innymi tym, co robią naprawdę dobrze. Mają zapewniony transport, bo dotarcie do miejsca pracy dorożką byłoby nie lada wyzwaniem. I chociaż podróż busem w jedną stronę trwa półtorej godziny, nie słyszałam, aby ktokolwiek narzekał. Wydaje się, że czerpią dużą frajdę z pracy w tym miejscu. Jedna z kobiet zdradziła mi, że dla jej rodziny to naprawdę ekscytujące doświadczenie. „Tylu mamy tu klientów. To taki nasz „Nowy Jork”. Na co dzień przecież nie mamy tak wielu ludzi wokół siebie”.

I tak jak robienie zakupów to jest coś, z czym się nie urodziłam, zwyczajnie nie lubię tego, to w tamto miejsce jadę z przyjemnością. Jakość produktów jest naprawdę wyśmienita, ale to co mnie tak przyciąga jak magnes to atmosfera, jaka tam panuje. Chociaż mają ręce pełne roboty, jakoś nie są w wiecznym pośpiechu. Z wewnętrznym spokojem obsługują kolejnych klientów i wierz mi, że te kolejki znikają w mgnieniu oka. Są uśmiechnięci, zawsze! Trudno to opisać, ale kiedy słyszysz od nich na pożegnanie „Życzę Ci dobrego dnia”, to wiesz, że mówią do Ciebie, że Cię zauważyli. Zawsze utrzymują kontakt wzrokowy i uśmiechają się, ale tak szczerze. Na początku mnie to peszyło, takie patrzenie na mnie, ale z tygodnia na tydzień oswajam się i dziś wiem, jak niewiele potrzeba, abyś wśród nieznanych Ci ludzi, czuć się po prostu dobrze.

Jednym z moich ulubionych stoisk jest „Fresh fruit and vegetables”. Nie potrzeba sztucznego światła ani odświeżających kropelek wody, aby widok warzyw i owoców wołał „zabierz mnie ze sobą”. I oto mam już wybrane produkty, obracam się w stronę kasy, kiedy to moja wielkich rozmiarów „podręczna” torba zmiata za sobą wszystko, co jest w jej zasięgu. Narobiłam bałaganu nie z tej ziemi. Choć zawstydzona moją niezgrabnością, zachowałam zimną krew. Zabrałam się za sprzątanie i głośno zadeklarowałam „Nie martwcie się, zapłacę za te rozgniecione awokado”. Po kilku sekundach czuję na sobie ciepły wzrok Katty, właścicielki, która z życzliwością w głosie mówi do mnie: „Nie ma takiej potrzeby i nie martw się tym, to tylko awokado.” Co i jak to powiedziała, nie było wyuczonym tekstem ze skryptu obsługi klienta, było szczerym spotkaniem tego co najważniejsze: człowieka z człowiekiem, było spotkaniem, na które miałam ponowną ochotę; pociągnęło pragnienie bycia kolejny raz w miejscu, w którym za błąd nie płacisz wstydem i poczuciem tego, że nie jesteś w porządku.

I aby dodać pikanterii mojej opowieści, wyobraź sobie, że przy kolejnych zakupach zaliczyłam następną wpadkę. Ta moja przeklęta torba (bo przecież nie moje roztargnienie, prawda?) zmiotła z lady kubek gorącej kawy. „Nie wierzę, pomyślałam…”. Pewnie Cię nie zaskoczę, pisząc, że nikt nie przewracał oczami, tylko zapewnił, że to się zdarza i już się tym zajmują. Było mi jakoś niedobrze z tym, że tak miłym i zajętym ludziom dodaję pracy. Tego, co po kilku minutach się wydarzyło, nikt by chyba nie przewidział… Otóż, ktoś mnie pociągnął za rękaw. Spojrzałam w dół, a tam mała dziewczynka z czarnymi jak węgielki oczami. „Mam kawę dla Ciebie. Mama poprosiła, bym Ci kupiła, bo poprzednią straciłaś…”. I na nic były moje tłumaczenia, że to ja wylałam napój, że przyzwoite byłoby to, gdybym za nią zapłaciła…

Długo nie mogłam o tym przestać myśleć. W kolejnym tygodniu podzieliłam się z Katty tym, jak mnie ujmuje ich postawa i podejście do prowadzenia biznesu (tak, to jest wielkich rozmiarów przedsiębiorstwo, sic!). A ona: „Anna, my się cieszymy, że tu jesteś z nami…”. I tak sobie pomyślałam, bo jakże inaczej, że często zapędzamy się w tym, by być coraz lepszymi, łudząc się, że znajdziemy zamiennik dla tego, co naprawdę stanowi fundament biznesu: CZŁOWIEK, ja, Ty i to jak siebie nawzajem traktujemy. Rozprawiałam w głowie o tym, że przecież jako przedsiębiorcy, managerowie chcemy być coraz lepsi, szukamy nowoczesnych rozwiązań, a to jedno, uniwersalne i działające bez względu na czas i przestrzeń, jest obok nas: We wszystkim co robisz, służ innym… (ważne: nie mylić z poświęcaniem się dla innych) i traktuj innych tak, jak Ty byś chciał być traktowany. I choć ten tekst już kończę, to w tym temacie mam jeszcze tak wiele do opowiedzenia. Spisałam Ci wszystko w mojej nowej książce Siła różnic w zespole, dając Tobie –  całą siebie, to co wiem, umiem i co naprawdę dobrze smakuje. Chcesz spróbować?

p.s. A oto oryginalne, spisane ręcznie, zapiski Katty na temat skutecznego rozwoju biznesu: